Budżet (nie)obywatelski. Niepotrzebny czy źle zorganizowany?

Udział mieszkańców w budowaniu i rozwoju miasta jest jak najbardziej świetnym sposobem zarządzania. Jednak VI edycja Budżetu Obywatelskiego nie cieszy się tak dużym zainteresowaniem jak poprzednie. Ponadto pomysły, które zostały zgłoszone pozostawiają wiele wątpliwości dotyczących ich potrzebności. Jeden z naszych sympatyków wraz z kandydatem na radnego – Bartłomiejem Majchrzakiem – pochylili się nad tematem budżetu (nie?)obywatelskiego.

W ostatnich dniach rozpoczęto głosowanie na projekty, które zostały wyłonione i zakwalifikowane do potencjalnego wykonania w ramach VI Budżetu Obywatelskiego Bełchatowa. Jest to więc znakomita okazja do chwili refleksji na temat tej inicjatywy. Sama idea partycypacji obywateli w zarządzeniu finansami miasta (gminy, powiatu, województwa) to bez wątpienia dobry krok w stronę budowy społeczeństwa obywatelskiego i zainteresowania mieszkańców losami ich „małych ojczyzn”. Nasze miasto może się szczycić wprowadzeniem tego rozwiązania jeszcze na długo przed powstaniem planów Rady Ministrów w sprawie odgórnego narzucenia go samorządom. Niestety z biegiem lat początkowy entuzjazm bełchatowian w tej kwestii opadł. Z roku na rok zgłaszanych jest mniej projektów, część z nich wielokrotnie się powtarza, a liczba osób biorących udział w głosowaniu stopniowo się zmniejsza. Miejskie władze nie chcą tego przyznać, gdyż ze smutkiem trzeba stwierdzić, że to one w dużej mierze zaczęły uciszać głos obywateli i tłamsić ich przedsiębiorczość oraz zapał, zniechęcając aktywniejsze jednostki do działania. Czynią to na kilka sposobów.

Po pierwsze Urząd Miasta może w sposób praktycznie dowolny decydować o odrzucaniu zgłaszanych projektów. Bez wątpienia podstawowa ich weryfikacja jest konieczna i kilka wymogów formalnych (takich jak zgodność z kompetencjami gminy czy kosztorys) powinno zawsze zostać spełnionych. Jednak urzędnicy stwarzają przed szarym obywatelem o wiele więcej wymagań, piętrząc przeszkody i mnożąc trudności. Żądają na przykład, by zgłaszane propozycje zgodne były ze „strategią rozwoju miasta”. Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek czytał ten dokument? Szczerze wątpię, gdyż ma on 233 strony i przebrnęło przez niego zapewne tylko nieliczne grono urzędnicze. Zawsze więc można się nim zasłonić przy odrzuceniu danego projektu. Podobnie sprawy mają się z „miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego”. Znalezienie ich online graniczy z cudem (proszę nie szukać ich na stronie www.decydujemy.belchatow.pl, byłoby to tylko stratą czasu), co tylko świadczy o katastrofalnym stanie, w jakim znajduje się bełchatowski Biuletyn Informacji Publicznej. A nawet jeśli uda nam się ta sztuka, żeby zrozumieć wszystkie potrzebne dokumenty oraz uchwały trzeba być specjalistą lub mieć dużo wolnego czasu i samozaparcia. Ktoś machnie ręką i powie: „Przecież od tego jest weryfikacja projektu, żeby urzędnicy znaleźli w nim błędy oraz je poprawili”. Otóż nie. Ich zadaniem jest tylko stwierdzić, czy projekt spełnia normy czy nie. Wnioskodawca nie może liczyć na pomoc z ich strony. Z tego powodu wielu już zniesmaczyło się daremnymi próbami zmienienia czegoś w tym mieście na lepsze i oddało pole ludziom obeznanym w meandrach biurokracji: radnym, dyrektorom szkół etc.

W ten sposób przechodzimy do kolejnej bolączki bełchatowskiego budżetu. Przestaje on być „obywatelski”, a w zamian staje się „miejski”. W jaki sposób? Wystarczy spojrzeć na dopuszczane corocznie projekty. Większość z nich dotyczy parkingów, dróg, i szkół. Co w tym złego? Może jakiś rodzic chce, by jego dziecko miało w szkole możliwość skorzystania z nowoczesnego sprzętu czy dobrze wyposażonej pracowni. Jednak w poprawnie funkcjonującej gminie nie powinien wymagać tego od budżetu obywatelskiego, lecz od prezydenta, gdyż szkolnictwo jest zadaniem własnym samorządu, na które w dodatku dostaje pieniądze ze środków państwowych. W rezultacie nieudolność obecnej władzy próbuje się ratować pieniędzmi przeznaczonymi dla obywateli. I tak oto w tegorocznym budżecie mamy aż cztery projekty dotyczące wprowadzenia do szkół podstawowych dzienników elektronicznych czy szafek na książki. Co znamienne z udogodnień takich mogą już korzystać uczniowie szkół zarządzanych przez powiat, gdzie samorząd sam znalazł odpowiednie środki. Co najzabawniejsze, kiedy to dla nich wygodne, miejscy urzędnicy zdają sobie z tego wszystkiego sprawę i, akceptując projekt „nowych i bezpiecznych podłóg” dla jednego z przedszkoli, ten nazwany „Po 20000 zł dla żłobka, przedszkoli i szkół” odrzucili, gdyż najpilniejsze prace remontowe są wykonywane w oparciu o środki zabezpieczone przez Miasto w uchwale budżetowej – po uwzględnieniu potrzeb zgłaszanych przez dyrektorów. No cóż, uchwała najwyraźniej nie zabezpieczyła bezpiecznych podłogi.

Na koniec jeszcze kilka innych tegorocznych absurdów. Nowomowa w akcji: zadanie w zakresie sterylizacji lub kastracji oraz chipowania zwierząt pozostających pod opieką właścicieli, z uwagi na jego fakultatywny charakter, nie znajduje się w katalogu zadań wpisanych do Programu opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt na terenie Miasta Bełchatowa w roku 2018 (sic!). Urzędnicza logika: taksówki dla seniorów są nieuzasadnione pod względem celowości, gdyż w mieście realizowany jest już darmowy transport publiczny. Bo co to za różnica dla staruszki jeżdżącej na wózku czy do szpitala pojedzie MZK-ą czy taksówką? A teraz prawdziwy „crème de la crème” budżetu obywatelskiego – łaźnia dla bezdomnych. Fakty dla miejskich urzędników są nieubłagane. Bełchatowskie schronisko dla ludzi pozbawionych domu jest w stanie katastrofalnym. Osoby z zewnątrz nie mogą skorzystać tam z kąpieli. Kiedy wolontariusze z zewnątrz zainteresowali się tą sprawą i zaproponowali stworzenie mobilnej łaźni (rozwiązanie stosowane już z powodzeniem w Warszawie), miasto utopiło ich projekt w łyżce wody – nie dając nawet szansy na poddanie go pod głosowanie, nie chcąc się przyznać, że źle wywiązuje się ze swoich zadań w tym zakresie. Stwierdzono, że we wskazanym miejscu niedopuszczalne jest tymczasowe zagospodarowanie terenu. Najwyraźniej wszechobecne tymczasowe budki i stragany rozsiane po całym mieście nikogo w oczy nie kłują w przeciwieństwie do obiektu, którego potrzebę istnienia zauważyli i do budżetu zgłosili raczej nie jego potencjalni użytkownicy lecz ludzie, którzy dostrzegają człowieka też w pogubionym, uzależnionym bezdomnym.

Tyle do powiedzenia o budżecie obywatelskim miał jeden z naszych sympatyków. Zgodnie z jego prośbą, pozostanie on anonimowy. A co do powiedzenia ma Nowe Pokolenie?

Nowe Pokolenie zgadza się z przedmówcą. Budżet obywatelski w Bełchatowie to bardzo świetna inicjatywa, która jednak od pewnego czasu mija się z celem. Projekty zgłaszane do tej inicjatywy są coraz bardziej wymyślne i skierowane do wąskiej grupy osób. Bo jak ma pomóc miastu plac zabaw dla zwierząt? Gdzie mają bawić się dzieci? Na kilku osiedlach brak placu zabaw z prawdziwego zdarzenia.

Ja osobiście przebrnąłem przez wszystkie projekty zgłoszone w tej edycji budżetu. I nasuwa mi się jedno pytanie – ludzie mówią o braku parkingów, zaniedbanych trawnikach, a inni zgłaszają projekt parku dla psów za 250 000 złotych?! Bądź tężnie solankowe za 900 000 złotych? Czyżby Bełchatów z miasta – bądź co bądź – przemysłowego, górniczego ma stać się uzdrowiskiem? Poniekąd rozumiem ten tok rozumowania. Mieszkańcy Naszego Miasta są coraz starsi, a po zamknięciu kopalni wiele osób straci pracę. A wolny czas gdzieś spędzać trzeba …

Jednak czy tędy droga? Chyba nie. Jestem zdania, że lepiej zadbać o to, by miasto było pełne ludzi, a nie pełne atrakcji, z których nie ma komu korzystać. Uciekam jednak od tematu głównego, jakim jest budżet obywatelski.

Jaki plan ma Nowe Pokolenie? CAŁOROCZNY BUDŻET OBYWATELSKI. Obecnie, by zgłosić swój pomysł trzeba przygotować dokumentację, nakreślić koszty przedsięwzięcia i ponadto „wstrzelić się” w termin zgłaszania wniosków. A od czego są urzędnicy? My chcemy wprowadzić taki system, w którym przez cały rok każdy będzie mógł proponować zmiany w mieście. Osoba zgłaszająca tylko wstępnie będzie musiała nakreślić pomysł i miejsce swojego projektu. Kosztorysem i innymi „papierologicznymi” sprawami zajęliby się urzędnicy magistratu – w końcu od czegoś są. I dopiero wtedy, gdy Urząd Miasta rozstrzygnie, czy projekt ten faktycznie przyczyni się do rozwoju miasta, byłby poddawany pod głosowanie mieszkańców – na podobnych zasadach. Być może przydałoby się ustalić minimalny limit oddanych głosów po to, by przekonać się, czy mieszkańcy faktycznie czują potrzebowanie na wydanie pieniędzy w danym temacie.

Taki sposób prowadzenia budżetu z pewnością przyczyniłby się do wzrostu zainteresowania wspólnym rządzeniem miastem. Potrzebna jest również promocja tego tematu, bo skoro jest coraz mniejsze zainteresowanie projektem, to coś jest nie tak. Nowe Pokolenie jest „za” budżetem obywatelskim, jednak w nowej, odświeżonej formule.